Archiwum dla Maj 2010

21
Maj
10

The Darkspawn Chronicles

Recenzji „Przebudzenia” nie dodam, bo już jakiś czas od premiery minął i każdy kogo temat choć troszkę interesował dawno w to zagrał. Z Kronikami Mrocznych (buhahaha) Pomiotów jest już nieco inaczej. Tak więc… DLC to alternatywna wersja finalnej bitwy z Dragon Age Origins. Alternatywna dlatego, że tym razem gracz wskakuje w buty członka „krzyworyjastych” Pomiotów.  Wcielamy się w Hurloka Alfa o wdzięcznym imieniu Vanguard. Instruowani przez głos Arcydemona wycinamy kolejne fale obrońców sterując hurlokami, genlokami, ogrami, shirekami, wilkami plagi i czym tam jeszcze można sobie wymarzyć.

Sterowanie Pomiotami to przede wszystkim nowe-stare  umiejętności, którymi wrogowie traktowali nas w podstawce i dodatku. Tym razem stojąc po drugiej stronie barykady chcąc nie chcąc przypadają one nam do zabawy. Nie powiem… Fajnie masakrowało się gromady żołnierzy mocnymi pięściami ogra lub szponami Shireka. Prowadzenie Vanguarda to zwykła sieka wojownikiem, którym dało się grać w podstawce. Nic specjalnego, nuda rzekłbym. Nic dziwnego, że całe DLC spędziłem za plecami wspomnianego Ogra lub Shireka. Władzę nad oddziałem sprawujemy tak jak i wcześniej. Mamy dostęp do każdej z 4 postaci dołączanej do grupy. Pomioty przyłącza się z pomocą specjalnej umiejętności będącej w posiadaniu Vanguarda. Za jej pomocą również odłączymy od grupy niepożądanego członka (czyt. szlachtujemy jak prosiaka). To nie jedyna zmiana. Poparcie wśród Pomiotów zdobywa się obalając (nie, nie flaszki) kolejnych obrońców. Prezenty dawane przez przywódcę pozostały. Wiadomo, że nie damy pomiotowi kwiatuszka, albo lustereczka toteż tutaj mamy jedynie kości, jakieś stalowe duperele etc.

W „Kronikach…” bitwa to niemalże to samo co w finale podstawki, tylko że krócej i mniej interesująco. Bramy, Dzielnica Kupiecka, Separatka Elfów, Dzielnica Pałacowa i Fort Drakon, to lokacje przez które uda nam się przemknąć. Tym razem jednak cały czas atakujemy wycinając w pień obronę i co niektórych bohaterów „Początku”. Idziemy na przód aby przy końcu uratować Arcydemona, ubić Alistara i resztę grupy z wielkim „Forgive me!” na ustach. Po drodze dane jest nam kilka razy bawić się w chłopca od zamiatania wykonując poboczne questy w zgiełku bitwy. Szału nie ma. Choć jeśli nie lubiłeś któregoś z towarzyszy, to tutaj możesz go sobie sklepać ku chwale Plagi.

DLC jest nawet interesujące (do czasu). Jest takie z powodu możliwości pobawienia się jednostkami z przeciwnej strony konfliktu. Jednak i ta zabawa, tak jak puszczanie żabek w jeziorze, jedzenie żelek, czy też  tłuczenie młodszego brata kiedyś się nudzi. Dodatek jest krótki i dobrze, bo znowu bym narzekał, że nuda. W ciągu tych 3 godzin (a gram powoli i dokładnie) nie zdążyłem poczuć zbytniego znużenia. Troszkę mało tam przerywników, żadnych dialogów pomiędzy obrońcami i to ciągłe uczucie prowizorki. Nie postarali się panowie z BioWare aby przez zrujnowane Denerim przechodziło się z większym zaciekawieniem niż w podstawie gry. W sumie to nawet nie spodziewałem się, że będzie lepiej niż w rzeczywistości było. Może piszę nieco chaotycznie ale mam naprawdę mieszane uczucia co do Darkspawn Chronicles.

Lubisz DA:O? Zagraj i w „Kroniki…”. Przedniej zabawy Ci nie wróżę ale warto poświęcić te 2-3 godzinki na zobaczenie nowego dziecięcia w rodzinie Dragon Age. Granie pomiotem może się chwilowo spodobać. Dragon Age średnio Ci się podobało? W takim razie nie zawracaj sobie głowy dodatkiem i idź na  majowy spacer – niewiele tracisz. Po raz kolejny BioWare daje nam do spożycia średnio fajne DLC mające swoje mocne jak i słabe strony. Czekamy na coś lepszego… W końcu.

5/10

Reklamy
18
Maj
10

Nie zabierajcie babci dowodu!

Dzisiaj w przypływie nudy udałem się do babci z bezpośrednim pytaniem na kogo będzie głosowała i czy odda mi dowód po dobroci, czy będę zmuszony przeprogramować TV aby nie mogła oglądać „Jaka To Melodia”. Ta na to ze zdziwioną miną odpowiada iż na Kaczyńskiego ani na Leppera głosować nie będzie. Dziw, kuriozum, w końcu całkowity kontent i duchowe „fuck yeah” z dumy nad trzeźwością umysłu starszego pokolenia. Niech żyje Geriavit!

17
Maj
10

Kick-Ass

Dave Lizewski (Aaron Johnson) to nastoletni fan komiksów, który pewnego dnia postanawia przywdziać ciasny strój superbohatera zamówiony przez internet po czym tak owo odziany rusza na ulicę aby szerzyć prawość i dobro. Łatwe to nie jest, gdyż Dave to prywatnie typ zakompleksionej ofermy będącej jednocześnie anty magnesem na dziewczyny. Do tego dosyć szybko zdaje sobie sprawę z tego iż Supermenem to on nie jest, a nawet do Batmana mu daleko. Jego alter ego Kick-Ass ma pomóc mu przeistoczyć się z poczwarki w pięknego motyla pacyfikującego bandziorów na ulicach dużego miasta. Jak to w życiu bywa początki bywają trudne. A to nóż w bebech, a to bliskie spotkanie z maską pędzącego samochodu. Life is brutal. Pewnego razu (oczywiście nieudolnie walcząc ze złem) na swojej drodze Dave spotyka prawdziwe wzory „superbohaterstwa”. Są to Damon Macready vel. Big Daddy kreowany przez auto-parodiującego się Nicolasa Cage’a oraz jego słodką córkę Mindy Macready vel. Hit-Girl graną niezwykle zabawnie przez młodziutką Chloe Moretz. Mym skromnym zdaniem to właśnie oni są całym motorem napędowym filmu. To sceny z ich udziałem ogląda się najchętniej i najuważniej. Mała dziewczynka anihilująca gniazdo narkotykowych dealerów za pomocą czegoś w rodzaju włóczni to może i nieco chory ale i niesamowity, komediowy widok. Wysiłki całej trójki w końcu skupiają się na zniszczeniu mafijnego bossa Franka D’Amico (Mark Strong), który pośrednio jest winien śmierci żony Macready’ego. Czym im się uda? Idźcie do kina aby się przekonać.

O aktorstwie nie ma co tu dużo gadać. Cage jest świetny w roli samotnego ojca strzelającego do swojej małej córki w ramach szkolenia. Młoda aktorka grająca córkę, również świetnie wpasowuje się w konwencje filmu. Chodź jej sceny to w większości skakanie po łbach bandziorów i wystrzeliwanie setek pocisków w ich stronę, to robi to ona świetnie. Lizewski w roli tytułowej również sprawdza się dobrze. Do Tobeya Maguire’a  ze Spider-Mana, to mu troszkę brakuje ale jednak nie obrzydza mi seansu. Jego filmowa dziewczyna (Katie Deauxma) nie musi nic robić, bo i tak wgląda ślicznie. Mark Strong jak zwykle w drugoplanowej roli jest dobry i po prostu robi swoje. Chris Mintz-Plasse znany szerokiej widowni z Supersamca, tutaj wcielający się w rolę początkującego geniusza zła – Chrisa D’Amico vel. Red Mist’a wypada przezabawnie nawet nic nie mówiąc. Zobaczcie jego lans czerwonym Mustangiem w fikuśnym stroju, a zrozumiecie o czym tutaj prawię.

Muzyka dobrana przez duet producencki w składzie: Marius De Vries i David Reid to naprawdę udana kompilacja utworów umilających seans i uwydatniających moc co niektórych scen. The Prodigy rzecz jasna na czele stawki. Do tego utwór z „For A Few Dollars More” – Per Qualche Dollaro In Piu by Ennio Morricone. Reszta to mniej lub bardziej wpadające w ucho utwory. Szczerze jednak powiem, że nie nadają się do zwykłego słuchania przez człowieka nie posiadającego emo włosów  i różowych koszulek. Chociażby… The Hit Girls – Bad Reputation. (facepalm) Mimo to podczas sceny w filmie wypadają całkiem nieźle.

Kick-Ass. Czy film o tam wdzięcznym tytule może naprawdę skopać dupsko? Oczywiście! Mnie przynajmniej boli do dzisiaj. Obraz Matthew Vaughn’a to przezabawna historia ukazana w krzywym zwierciadle. Film jest niemalże całkowicie wyzuty z patosu i jakiejkolwiek powagi. Nawet sceny mafijnych egzekucji wydają się śmieszne chodź tak naprawdę jest to strzelanie w głowę, w plecy i rozczłonkowywanie. Tutaj nasuwa się pytanie czy to reżyser jest geniuszem, czy ja pogiętym zwyrodnialcem? Film w bardzo fajny sposób pokazuje, że tak naprawdę zakładanie na siebie fikuśnych ciuszków i masek to ( oprócz rzecz jasna walki ze złem etc. ) bardziej komediowy zabieg sado-maso aniżeli chwalebna służba obywatelska dla lepszego jutra. Bo jakbyście się zachowali idąc rano do pracy czy też do szkoły i widząc przechodzącego obok gościa w stroju Batmana? Kick-Ass jest dla mnie odpowiedzią na wszystkie urealnione i napakowane powagą produkcje o superbohaterach, które wszak w swych komiksowych korzeniach miały bawić, a nie umoralniać i uczyć. Bohaterowie w obrazie Vaughn’a są groteską samą w sobie. Reżyser świetnie przedstawia jak wyglądają postacie w maskach w zderzeniu z realnym światem. Więcej takich produkcji!

06
Maj
10

Mount & Blade: Warband

Kwadratowi rycerze, kanciaste konie i paralityczne ruchy powracają w nowej odsłonie M&B. Tale Words niezbyt się postarało, jeśli mamy mówić o ilości zmian jakie wprowadzono. Troszkę wstyd, bo społeczność moderska wykazuje się większą aktywnością  niż sami twórcy. Szkoda i to wielka ale cóż im na to poradzić można?


Co nowego w sąsiedztwie?

Warband to coś na miarę samodzielnego dodatku, w którym dostajemy nową mapkę z tymi samymi królestwami, miastami, zamkami, wioskami i npc’tami co w podstawce. Są one po prostu geograficznie inaczej usytuowane. Na jedno to dobrze, w końcu coś na co patrzy się z zaciekawieniem i bez obeznania. Na drugie zaś… Cóż, przyzwyczaiłem się do poprzedniej mapy, a i zmiany kolorów większości frakcji mnie odstraszają. Dostajemy również nową nację – Sułtanat Sarranidzki, który jak nie trudno się domyśleć wypełnia lukę kulturową w świecie M&B wpasowując się klimatem w cywilizację Islamską. Co za tym idzie? Nowe jednostki rzecz jasna, nowe miasta etc. Samą grę zaczyna się w wybranym przez siebie miejscu (stolica każdej z nacji). Na początek twórcy zarzucają nas krótkim sznureczkiem nowych questów, zaś potem jest to ten sam, stary, kanciasty ale i uwielbiany Mount & Blade. Rozmiar bitew zwiększono do limitu 150 jednostek, jednak to żadna rewelacja, bo nawet starzy kaszubi pamiętają wieści o pewnym demonie… A imię jego – „Battle Sizer”, który to piekielnymi mocami linijek kodu zwiększa liczbę jednostek mogącej występować w wojennym teatrzyku do kilku tysięcy. Cóż jeszcze nowego? Otóż do gry dodano kilka nowych lokacji, takie jak wioski i pola bitwy. Aż miło zaszarżować na wroga w nowej scenerii. Co prawda nie jest tego dużo, ale jednak zawsze to coś. Na ekranie, tuż obok paska życia bohatera umieszczono pasek hp naszego wiernego rumaka. Dobre udogodnienie. Zawsze zastanawiałem się czy mój konik już ledwo zipie, czy jeszcze wbić się parę razy w grupę wrogów – teraz już wiem. Nie sprawdziłem tego (jeszcze) ale ponoć można zostać królem, zaś sami szlachcice sterowani przez komputer wykazują się teraz większą inteligencją na mapie strategicznej – i dobrze. Jeśli o nowościach mowa, to aż grzech byłoby nie wspomnieć o trybie multiplayer, który już chyba każdemu kto choć troszkę interesuje się tematem przeszedł przez uszka…

Rozłup komuś czaszkę on-line.

Pierwsze wrażenie z trybu multi? WOW! Naprawdę wciąga i jest dosyć dobrze zorganizowany. Taki CoD4, tyle że na miecze. ;] Niestety nie przykuwa na tak długo. Prędzej czy później, z naciskiem na prędzej – nudzi się. Mimo to na pewno da każdemu lubiącemu M&B kilka godzin przedniej rozrywki w bitwie, oblężeniu, deathmatch’u czy nawet capture the flag. Zabijamy wrogów, kupujemy nowy ekwipunek za złoto, aby siać coraz większe zniszczenie. Pniemy się do góry w tabeli fragów. Ogólnie cud-miód. O poziomie trudności… Multi jest nie lada wyzwaniem dla doświadczonego gracza, a co dopiero dla newbie. Wparowanie w tłum graczy przeciwnej frakcji z imieniem ulubionego gumisia na ustach nie skończy się dla nas dobrze. Jeden solidny cios nordyckim toporem, strzał z ciężkiej kuszy, czy też przebicie lancą przez rozpędzonego kawalerzystę kończy się zazwyczaj śmiercią naszego wojaka i czekaniem na respawn. Blok i unikanie ciosów to podstawa. Nie atakuj, póki wróg nie skończy ataku ale i nie zastanawiaj się zbyt długo, bo w końcu ktoś wytrąci ci tarczę, po czym niechybnie uczyni z zadka jesień średniowiecza.  Niespodzianką jednak nie będzie gdy oznajmię, że praktyka czyni mistrza. ;]

To co widać, słychać i czuć.

Tak jak napisałem na początku… Grafika nadal jest kanciasta i niezbyt urodziwa. Nie brzydka, co to to nie. Po prostu nie dostanie tylu zaproszeń na studniówkę co inne. ;/ Wydaje mi się, iż jest nawet troszkę lepsza niż w podstawce. Tak również twierdzi producent. Zmieniono również animacje ataków bronią. W sumie dobrze ale zamach mieczem czy tez szablą wygląda teraz jak próba otwierania słoika z ogórkami przez kogoś z atakiem padaczki. Trudno się przyzwyczaić, tak z początku… Muzyka, to te same dosyć fajne utwory co w podstawce. Niczego nowego się nie doszukałem. Pewnie dlatego, że w czasie grania i tak Foobar rządzi. ;p Jak dla mnie, klimat jest nieco inny. To przez początkową fabułę i zmienioną mapkę. Odległości między miastami wydają się mniejsze. Wszystko tak jakby zostało upchnięte aby szybciej się przemieszczać. Ogólnie fajnie jest. Dyplomacja, sposoby nawiązywania relacji z lordami i temu podobne nadal szwankują. Chodzi głównie o ich ilość, banalność oklepanych już wypowiedzi i questów. Szkoda, że nie poprawiono tego aż tak bardzo jak chcieliby tego gracze.

Tak więc…

Jeśli nie masz co zrobić z czasem, pieniędzmi i lubisz mimo wyraźnych niedoskonałości ten koślawy wytwór wyobraźni tureckich programistów i grafików – kup Warbanda. Na pewno przyniesie sporo godzin dobrej zabawy, jeśli nie w multi, to na pewno w singlu.