Archive for the 'Filmy' Category

17
Maj
10

Kick-Ass

Dave Lizewski (Aaron Johnson) to nastoletni fan komiksów, który pewnego dnia postanawia przywdziać ciasny strój superbohatera zamówiony przez internet po czym tak owo odziany rusza na ulicę aby szerzyć prawość i dobro. Łatwe to nie jest, gdyż Dave to prywatnie typ zakompleksionej ofermy będącej jednocześnie anty magnesem na dziewczyny. Do tego dosyć szybko zdaje sobie sprawę z tego iż Supermenem to on nie jest, a nawet do Batmana mu daleko. Jego alter ego Kick-Ass ma pomóc mu przeistoczyć się z poczwarki w pięknego motyla pacyfikującego bandziorów na ulicach dużego miasta. Jak to w życiu bywa początki bywają trudne. A to nóż w bebech, a to bliskie spotkanie z maską pędzącego samochodu. Life is brutal. Pewnego razu (oczywiście nieudolnie walcząc ze złem) na swojej drodze Dave spotyka prawdziwe wzory „superbohaterstwa”. Są to Damon Macready vel. Big Daddy kreowany przez auto-parodiującego się Nicolasa Cage’a oraz jego słodką córkę Mindy Macready vel. Hit-Girl graną niezwykle zabawnie przez młodziutką Chloe Moretz. Mym skromnym zdaniem to właśnie oni są całym motorem napędowym filmu. To sceny z ich udziałem ogląda się najchętniej i najuważniej. Mała dziewczynka anihilująca gniazdo narkotykowych dealerów za pomocą czegoś w rodzaju włóczni to może i nieco chory ale i niesamowity, komediowy widok. Wysiłki całej trójki w końcu skupiają się na zniszczeniu mafijnego bossa Franka D’Amico (Mark Strong), który pośrednio jest winien śmierci żony Macready’ego. Czym im się uda? Idźcie do kina aby się przekonać.

O aktorstwie nie ma co tu dużo gadać. Cage jest świetny w roli samotnego ojca strzelającego do swojej małej córki w ramach szkolenia. Młoda aktorka grająca córkę, również świetnie wpasowuje się w konwencje filmu. Chodź jej sceny to w większości skakanie po łbach bandziorów i wystrzeliwanie setek pocisków w ich stronę, to robi to ona świetnie. Lizewski w roli tytułowej również sprawdza się dobrze. Do Tobeya Maguire’a  ze Spider-Mana, to mu troszkę brakuje ale jednak nie obrzydza mi seansu. Jego filmowa dziewczyna (Katie Deauxma) nie musi nic robić, bo i tak wgląda ślicznie. Mark Strong jak zwykle w drugoplanowej roli jest dobry i po prostu robi swoje. Chris Mintz-Plasse znany szerokiej widowni z Supersamca, tutaj wcielający się w rolę początkującego geniusza zła – Chrisa D’Amico vel. Red Mist’a wypada przezabawnie nawet nic nie mówiąc. Zobaczcie jego lans czerwonym Mustangiem w fikuśnym stroju, a zrozumiecie o czym tutaj prawię.

Muzyka dobrana przez duet producencki w składzie: Marius De Vries i David Reid to naprawdę udana kompilacja utworów umilających seans i uwydatniających moc co niektórych scen. The Prodigy rzecz jasna na czele stawki. Do tego utwór z „For A Few Dollars More” – Per Qualche Dollaro In Piu by Ennio Morricone. Reszta to mniej lub bardziej wpadające w ucho utwory. Szczerze jednak powiem, że nie nadają się do zwykłego słuchania przez człowieka nie posiadającego emo włosów  i różowych koszulek. Chociażby… The Hit Girls – Bad Reputation. (facepalm) Mimo to podczas sceny w filmie wypadają całkiem nieźle.

Kick-Ass. Czy film o tam wdzięcznym tytule może naprawdę skopać dupsko? Oczywiście! Mnie przynajmniej boli do dzisiaj. Obraz Matthew Vaughn’a to przezabawna historia ukazana w krzywym zwierciadle. Film jest niemalże całkowicie wyzuty z patosu i jakiejkolwiek powagi. Nawet sceny mafijnych egzekucji wydają się śmieszne chodź tak naprawdę jest to strzelanie w głowę, w plecy i rozczłonkowywanie. Tutaj nasuwa się pytanie czy to reżyser jest geniuszem, czy ja pogiętym zwyrodnialcem? Film w bardzo fajny sposób pokazuje, że tak naprawdę zakładanie na siebie fikuśnych ciuszków i masek to ( oprócz rzecz jasna walki ze złem etc. ) bardziej komediowy zabieg sado-maso aniżeli chwalebna służba obywatelska dla lepszego jutra. Bo jakbyście się zachowali idąc rano do pracy czy też do szkoły i widząc przechodzącego obok gościa w stroju Batmana? Kick-Ass jest dla mnie odpowiedzią na wszystkie urealnione i napakowane powagą produkcje o superbohaterach, które wszak w swych komiksowych korzeniach miały bawić, a nie umoralniać i uczyć. Bohaterowie w obrazie Vaughn’a są groteską samą w sobie. Reżyser świetnie przedstawia jak wyglądają postacie w maskach w zderzeniu z realnym światem. Więcej takich produkcji!

Reklamy
25
Kwi
10

Clash of the Titans

Tak, w końcu obejrzałem. Nie było to to czego się spodziewałem. Kilku gwiazdorów przebranych za greków i bogów wśród drogiej scenografii odgrywa sceny z greckiej mitologii, uprzednio przemielonej przez maszynkę popkultury tak aby powstała łatwa do przełknięcia przez dzisiejszą widownię papka. Ot i mamy w skrócie opis najnowszego dzieła Louisa Leterriera. Reżysera tego lubię. Kręci on właśnie filmy łatwe do przetrawienia (Transporter, Danny the Dog, Incredible Hulk). Można się było spodziewać, że i ten będzie podobny jednak miałem wielką nadzieję na to, iż starożytne klimaty podziałają zbawiennie na wyobraźnię francuza. No niestety.

Na poziomie efektywnej bijatyki bronią białą czy też batalistyki obraz wypada naprawdę słabo. Jedynie walka ze skorpionem nada się pod ten opis. Równie łatwe do przełknięcia 300 lub chociażby bardziej ambitna Troja dosłownie pożerają Zmierzch Tytanów w tej kategorii.  Szkoda, bo w moim mniemaniu mogłoby to być sporym ratunkiem dla filmu, który intelektualnie się nie broni. Clash… widziałem w 2D jednak czytam i słyszę, że w obrazie niemalże brak efektów 3D. Mało tego, brak ich w filmie, który został przedstawiony jako film 3D i za który płaciło się jak za film w 3D. Tak więc marketing zasługuje na brawa, a naiwność konsumentów na uśmiech politowania, tudzież złożenie kondolencji. Wszak nie każdy film może być Avatarem, czyż nie? Mimo to efekty specjalne chociażby takiej Meduzy, czy Krakena zasługują na pogłaskanie po główce. Co jeszcze? Film jest zbyt krótki. 1,5 godziny seansu  to nie za wiele, gdy mamy do czynienia z epickim widowiskiem. Akcja po prostu toczy się zbyt szybko, członkowie drużyny Perseusza giną w zbyt małych odstępach czasu z perspektywy widza. Na tyle małych,  że nawet nie zapamiętałem ich imion czy tez twarzy. Nie ma czasu na pokazanie więzi jakie mogłyby łączyć kompanów, ich przyjaźni, to jak ratują sobie żywota w przeróżnych perypetiach. Jest tylko wartkie posuwanie akcji do przodu tak, że czasami ktoś może się pogubić. Szkoda mi tego, bo film naprawdę stracił na wartości właśnie przez tak małą ilość treści i zwykłej „gadaniny”, którą uwielbiam. Może wersja reżyserska na DVD nieco naprawi ten olbrzymi niedosyt.

Aktorsko obraz wypada średnio. Sam Worthington z fryzurą na „zapuszczonego dresa” wygłasza głodne kawałki. Liam Neeson, na którego liczyłem, niezbyt przekonująco wciela się w rolę Zeusa. Alexa Davalos nie robi nic oprócz świecenia ślicznymi oczętami. Swoją droga troszkę za mało jej w filmie (w sumie tak jak wszystkiego innego). Mads Mikkelsen również wypadł „tak sobie”. Nie był ratunkiem dla filmu tak jak w wypadku Casino Royale. Nie zawiódł mnie natomiast Ralph Fiennes, jednakże miał on najłatwiejsze zadanie. Hades wg. mnie to bez wątpienia najciekawsza postać, przy której nie trzeba było zbyt długo pracować aby stała się interesująca.

Muzyka w filmie nie zachwyca. W sumie, to przeze mnie nie była zbytnio słyszana. Nie wiem czy to wina moich brudnych uszu, czy tego że ktoś umieścił tracki w złych miejscach. Co innego gdy ma się w ręku płytę z soundtrackiem. Ramin Djawadi stworzył coś godnego uwagi. Coś co może nie będzie się równało z dziełami Hansa Zimmera lub uwielbianego przeze mnie Tylera Batesa ale pozostanie w mojej główce jako kawał dobrej muzyki.

Winą za nie do końca dobry film obarczam jego czas trwania, co jak się domyślam jest sprawką wytwórni. Gdyby sens był dłuższy (3 godziny?), to i może znalazłaby się dłuższa chwilka na lepsze przedstawienie bohaterów,  jakąś małą potyczkę – bardziej interesującą od ganiania za tym kiczowatym stworkiem nasłanym przez Hadesa, czy nawet bitwę. Rozumiem, że mitologia, trzymanie się oryginału i te sprawy ale nie sądzę aby dla reżysera było to wielką przeszkodą. Na koniec powiem, że film oglądało się całkiem fajnie ale coraz to miałem w głowie myśli dotyczące tego co dałoby się zrobić z daną sceną, co przedłużyć, co uwydatnić etc. Szkoda, szkoda i jeszcze raz szkoda.

6/10

17
Gru
09

Clash of the Titans – Czy będzie warto pójść do kina?

Pozwolę sobie odpowiedzieć na pytanie zawarte w nagłówku… Sądząc po zwiastunach – będzie warto i to naprawdę. Nie każdy lubuje się w soczystych efektach specjalnych wypełniających połowę filmu jednak ja do grupy tych osób nie należę. Miło będzie popatrzeć na te wszystkie mityczne stwory odtworzone za sprawą filmowej techniki. Mam nadzieję, że będą się one prezentować przez cały film równie dobrze co na zwiastunach. Do tego zacieram ręce parząc na listę aktorów, którzy wystąpią w owym widowisku… Po pierwsze wielki duet z Listy Schindlera – Liam Neeson i Ralph Fiennes… Tutaj panowie wcielający się kolejno w Zeusa i Hadesa. Do tego Sam Worthington, który z filmu na film staje się coraz bardziej znany i rośnie na prawdziwego gwiazdora Hollywood . Wszakże ma za sobą ostro rozreklamowanego, a nawet przereklamowanego Terminatora, a dużymi krokami zbliża się również niezwykle interesujący Avatar z nim w roli głównej. Oby film okazał się wydarzeniem na miarę Władcy Pierścieni – tego mu życzę.

Czyż utwór w trailerze nie jest słodki?