Posts Tagged ‘Dragon Age

08
Lip
10

Dragon Age 2 zapowiedziany!

Chwalmy Pana, albowiem w końcu po Bożemu i ze sporą podkładką w postaci oficjalnej strony zapowiedziano Dragon Age 2! Jeśli wierzyć informacjom z branżowych serwisów, to w drugiej części otrzymać mamy pełnowymiarowego bohatera, który w końcu będzie miał swoje własne imię i ustaloną historię. Czyżby zrezygnowano z tak wychwalanych aż do znudzenia „Początków” z pierwszej części gry? Najwyraźniej… Chociaż niczego nie byłbym pewien do końca. Jeśli jednak tak, to może nawet będzie miał nagrane dialogi. Otrzymanie bohatera, który będzie w końcu w stanie wypowiedzieć kilka zdań zamiast porozumiewać się wybieranymi przez gracza liniami dialogowymi bez żadnego dźwięku, byłby naprawdę miłe. Akcja gry ma rzekomo mieścić się w kilku latach życia owego bohatera, zaś będą one jak zwykle wypełnione wszelakimi mniej lub bardziej emocjonującymi przygodami oraz zbieraniem drużyny. Zapowiedziano też, że warstwa wizualna, która w jedynce była dobra ale nie powalała, ulegnie znaczniej poprawie. Zobaczymy… Mi to pachnie troszkę dostosowaniem Dragon Age’a do technologii i rozwiązań znanych z Mass Effect. Mi osobiście to nie przeszkadza. ;] A wam? 😛 1 Luty 2011 – czekamy. Będzie to najprawdopodobniej data premiery, choć jeszcze do końca tego nie wiadomo.

21
Maj
10

The Darkspawn Chronicles

Recenzji „Przebudzenia” nie dodam, bo już jakiś czas od premiery minął i każdy kogo temat choć troszkę interesował dawno w to zagrał. Z Kronikami Mrocznych (buhahaha) Pomiotów jest już nieco inaczej. Tak więc… DLC to alternatywna wersja finalnej bitwy z Dragon Age Origins. Alternatywna dlatego, że tym razem gracz wskakuje w buty członka „krzyworyjastych” Pomiotów.  Wcielamy się w Hurloka Alfa o wdzięcznym imieniu Vanguard. Instruowani przez głos Arcydemona wycinamy kolejne fale obrońców sterując hurlokami, genlokami, ogrami, shirekami, wilkami plagi i czym tam jeszcze można sobie wymarzyć.

Sterowanie Pomiotami to przede wszystkim nowe-stare  umiejętności, którymi wrogowie traktowali nas w podstawce i dodatku. Tym razem stojąc po drugiej stronie barykady chcąc nie chcąc przypadają one nam do zabawy. Nie powiem… Fajnie masakrowało się gromady żołnierzy mocnymi pięściami ogra lub szponami Shireka. Prowadzenie Vanguarda to zwykła sieka wojownikiem, którym dało się grać w podstawce. Nic specjalnego, nuda rzekłbym. Nic dziwnego, że całe DLC spędziłem za plecami wspomnianego Ogra lub Shireka. Władzę nad oddziałem sprawujemy tak jak i wcześniej. Mamy dostęp do każdej z 4 postaci dołączanej do grupy. Pomioty przyłącza się z pomocą specjalnej umiejętności będącej w posiadaniu Vanguarda. Za jej pomocą również odłączymy od grupy niepożądanego członka (czyt. szlachtujemy jak prosiaka). To nie jedyna zmiana. Poparcie wśród Pomiotów zdobywa się obalając (nie, nie flaszki) kolejnych obrońców. Prezenty dawane przez przywódcę pozostały. Wiadomo, że nie damy pomiotowi kwiatuszka, albo lustereczka toteż tutaj mamy jedynie kości, jakieś stalowe duperele etc.

W „Kronikach…” bitwa to niemalże to samo co w finale podstawki, tylko że krócej i mniej interesująco. Bramy, Dzielnica Kupiecka, Separatka Elfów, Dzielnica Pałacowa i Fort Drakon, to lokacje przez które uda nam się przemknąć. Tym razem jednak cały czas atakujemy wycinając w pień obronę i co niektórych bohaterów „Początku”. Idziemy na przód aby przy końcu uratować Arcydemona, ubić Alistara i resztę grupy z wielkim „Forgive me!” na ustach. Po drodze dane jest nam kilka razy bawić się w chłopca od zamiatania wykonując poboczne questy w zgiełku bitwy. Szału nie ma. Choć jeśli nie lubiłeś któregoś z towarzyszy, to tutaj możesz go sobie sklepać ku chwale Plagi.

DLC jest nawet interesujące (do czasu). Jest takie z powodu możliwości pobawienia się jednostkami z przeciwnej strony konfliktu. Jednak i ta zabawa, tak jak puszczanie żabek w jeziorze, jedzenie żelek, czy też  tłuczenie młodszego brata kiedyś się nudzi. Dodatek jest krótki i dobrze, bo znowu bym narzekał, że nuda. W ciągu tych 3 godzin (a gram powoli i dokładnie) nie zdążyłem poczuć zbytniego znużenia. Troszkę mało tam przerywników, żadnych dialogów pomiędzy obrońcami i to ciągłe uczucie prowizorki. Nie postarali się panowie z BioWare aby przez zrujnowane Denerim przechodziło się z większym zaciekawieniem niż w podstawie gry. W sumie to nawet nie spodziewałem się, że będzie lepiej niż w rzeczywistości było. Może piszę nieco chaotycznie ale mam naprawdę mieszane uczucia co do Darkspawn Chronicles.

Lubisz DA:O? Zagraj i w „Kroniki…”. Przedniej zabawy Ci nie wróżę ale warto poświęcić te 2-3 godzinki na zobaczenie nowego dziecięcia w rodzinie Dragon Age. Granie pomiotem może się chwilowo spodobać. Dragon Age średnio Ci się podobało? W takim razie nie zawracaj sobie głowy dodatkiem i idź na  majowy spacer – niewiele tracisz. Po raz kolejny BioWare daje nam do spożycia średnio fajne DLC mające swoje mocne jak i słabe strony. Czekamy na coś lepszego… W końcu.

5/10

13
Lu
10

Return to Ostagar

W końcu udało mi się przezwyciężyć niechęć do wszystkiego i zagrać w nowy dodatek do Dragon Age’a. Czy warto było? Na pewno, bo te 1,5 godziny jakie trzeba poświęcić na ukończenie DLC nie było zbyt dużym nadwyrężeniem codziennego grafiku. Po wszystkim nie czułem nic nadzwyczajnego. Nie było żadnego kopa w dupsko, takiego jaki miejscami dawała podstawka gry, nie było „ochów i achów” ani niekontrolowanych wybuchów euforii i padaczki na podłodze. A szkoda, bo powrót na pobojowisko z początków podstawowej wersji, szukanie ciał znajomych i w końcu ograbienie zimnego truchła króla z wypasionej zbroi miało być niezmiernie interesujące. Miało… Ale cóż, nie było. W Ostagarze (a raczej tym co z niego zostało) nastała zima. Wszystko jest pokryte śniegiem. To niedobrze, bo liczyłem na dosyć dobitny obraz krwi i pokaźnej ilości flaków na podłożu, drzewach i wszystkim innym. Tak więc tutaj rozczarowanie. Dziesiątki potworków zwanych już od dawien dawna Mrocznymi (^_^) Pomiotami wygrzewają się przy ognisku i smakują mięska pobitych w bitwie wojowników w iście rodzinnej atmosferze. W przerwie od ich codziennych zajęć zaś są wyrzynani przez drużynę głównego bohatera, która z uporem niemowlaka szukającego cycka – przeszukuje ciała martwych, wrogich generałów w nadziei iż znajdzie części setu króla. Kilka słówek o samej zbroi, która wszakże była jednym z największych motorów napędowych aby powrócić do Ostagaru. Pancerz jest… Taki sobie. Wygląd co prawda ma niesamowity ale statystyki już niezbyt. W grze spotyka się dużo lepsze zbroje. Tak więc tu kolejne rozczarowanie. Skoro już mówię o zabawkach dostępnych w dodatku to warto również wspomnieć i to tym… W skrzyni znajdującej się w miejscu gdzie kiedyś stał namiot króla znajdujemy dosyć fajny miecz. Nie trudno się domyśleć, że od razu wylądował u  Alistaira w rączce.  Przy samym końcu znajdujemy również truchło Ogra, który jakimś cudem, niemalże sam został na pobojowisku, zupełnie nie pokryty śniegiem… Jest to ten sam szczęśliwiec, którego Duncan zabił w przerywniku pokazującym bitwę z podstawki. Po małych perypetiach z niezwykle śmiesznym (jak to Genlock) nekromantą dostajemy sztylet i miecz pozostawione przez Duncana w ciele Ogra. Samego trupa wielkiego Szarego Strażnika nie uraczymy. Czyżby BioWare wiązał  z nim jakieś plany? W podstawce jego śmierci nie widzieliśmy… No nic.

A oto i ciało Cailana:

Piękne nieprawdaż? Za ten obrazek niezwykły plus, bo chyba jako jedyny w całym DLC oddaje tą całą „niegrzeczność” jaką miał się Dragon Age charakteryzować, a niestety się nie charakteryzował. Co jak co ale Pomioty wiedzą jakie ozdoby choinkowe dobrać aby było miło i przytulnie.

Jakby podsumować?  Dodatek jest średni. Krótki jak na DLC przystało, nie wprowadza zbyt wiele do świata gry i jest po prostu… nudny. Po tak krótkim czasie potrzebnym na jego ukończenie tej nudy się raczej nie uraczy ale gdy tylko wyobrażę sobie, że musiałbym biegać w kółko za Pomiotami przez jakieś 4 godziny i wciskać te same skille to mnie szlag trafia na miejscu.  Nie ma tam nic co mogłoby rozgrywkę urozmaicić. Teraz myślę, że jedynym interesującym momentem jest to gdy znajdujemy truchło Cailana. Żadnych interesujących dialogów oprócz tego krótkiego nad ciałem króla. Żadnych interesujących cutscenek oprócz właśnie odnalezienia ciała. W końcu, żadnych ciekawych przeciwników i batalii, bo wszystko upływa szybko przy najmniejszym wysiłku jeśli tylko wiemy jaką taktykę obrać. Co jeszcze powiem? DLC mogłoby być dla graczy, którzy mają już stany gry z ukończonej podstawki, co nie zmuszało by ich do wczytywania wcześniejszego save’a lub zaczynanie gry do nowa. Tyle.

5/10

04
Gru
09

Dragon Age: Początek

Dragon Age: Origins (angielski tytuł o wiele bardziej do mnie przemawia) to złote dziecko studia BioWare, którym podnieceni Kanadyjczycy chwalili się aż do znudzenia. Bo jakbyście się czuli, gdyby sąsiedzi codziennie latali wam po osiedlu pokazując USG swojego nienarodzonego bobaska? Masa reklam, przemoc, sex i Marylin Manson – tak mógłbym krótko określić to czym było dla mnie Dragon Age przed premierą. W sumie nic specjalnego. Wystarczy włączyć telewizję i poskakać po kanałach – wyjdzie na to samo, czyż nie? Mimo to ja jako chłopczyk radujący się na widok wrzeszczących pomiotów piekielnych, fikuśnej broni białej i juchy spływającej hektolitrami po ekranie postanowiłem dać grze szansę. Czy się opłacało? O tym dalej…

Boże jakie to… „piękne”!

Pozwolę sobie powiedzieć już na początku, że grafika w DA nie zachwyca. Nie ma tu iście Crysis’owskich nowinek technicznych, a na twarzy starego krasnoluda nie można policzyć zmarszczek mimicznych. Mimo to nie stresować się drogie dzieci. Wersja na PC’ta w którą dane mi było grać wygląda najlepiej, tzn. lepiej od wersji konsolowych (a macie fanboye!). Modele postaci wyglądają tu całkiem przyzwoicie, a znane już z Mass Effect’a iście filmowe dialogi i cutscenki wsparte naprawdę miodnymi animacjami prezentują się naprawdę dobrze. Swoją drogą piersi… to znaczy modele, chociażby takiej Morrigan powinny stanowić dobro narodowe i dumę Kanadyjczyków. Niestety gorzej prezentują się już nieco kanciaste drzewa i przestarzałe tekstury murów. Ale cóż, nie można mieć wszystkiego prawda?

Coś mi w uszach szumi…

O udźwiękowieniu warto też parę słówek skreślić. Cóż… Gdy dowiedziałem się, że to utwory Inona Zura usłyszymy w grze ucieszyłem się jak dzieciak na gwiazdkę. W pamięci wszak miałem soundtrack ze wspomnianego już wcześniej Crysisa czy też main theme z Fallouta 3, który to swoją łaskawą obecnością przedłużał i umilał mi pobyt w menu głównym. Sądziłem, że w Początku będzie tak samo… Niestety, myliłem się. W tym miejscu należałoby się zastanowić czym jest dobry utwór? Moim zdaniem jest to coś co po kilku odtworzeniach zapamiętam, polubię i będę potrafił zanucić. Jak nie trudno się domyślić niczego takiego nie zaobserwowałem po kilkudziesięciu godzinach grania w Dragon Age. A szkoda… Nie twierdzę, że utwory zaserwowane na ścieżce dźwiękowej są złe. Co to to nie. One po prostu nie wpadają w ucho. Moim zdaniem brak im tego czegoś… Tego pierwiastka, który sprawiałby, że odpalając utwór ma się ochotę położyć na miękkiej pościeli i spokojnie sunąć dłonią w powietrzu zachwycając się wykonaniem. Tyle o muzyce. Teraz może coś o głosach postaci. Tutaj nadmienię, że grałem z angielskimi dialogami. Z autopsji wiem, że polskie udźwiękowienia zamiast pomagać mi zachwycać się klimatem i wsiąkać w świat gry zabierają mnie do kabaretu pełnego źle obsadzonych ról bądź głosów rodem z syntezatora mowy. Wolałem nie ryzykować. Angielskie udźwiękowienie to wg. mnie prawdziwy majstersztyk  doskonale podkreślający osobowość i emocje szargające postaciami. Zniewieściały Alistar, gburowaty Sten, kusząca Morrigan, przez którą wielokrotnie dostawałem ataku niepohamowanego ślinotoku. To jest to! Wielka szkoda, że gra okazała się „zbyt duża” aby znalazło się tam miejsce na mówione dialogi dla głównego bohatera…

Gdzie, kim i jak nam się zdarzy hasać…

BioWare na potrzeby swego najnowszego dzieła stworzył całkiem nowe uniwersum czerpiące garściami z innych porządnych światów książek lub gier… oraz z popkultury.  Akcję swojego tworu panowie (i panie?) z Montrealu umieścili w krainie Ferelden. Rasy zamieszkujące wspomniany skrawek gruntu to m.in. stare, dobre i jakże stereotypowe Krasnoludy, Elfy oraz Ludzie. To właśnie w przedstawiciela, bądź przedstawicielkę jednej z tych trzech ras zdarzy nam się wcielić po czym przemierzać całkiem spore połacie terenu. Rolę swoistych „bad guyów” spełniają tu Mroczne ( -.-‚ ) Pomioty, które w gruncie są niebywale podobne do Tolkienowskich orków. Mówią, że nazwa zobowiązuje tak więc jak Dragon Age: Początek mógłby się obyć bez sławetnych i tak rozkrzyczanych we wszystkie strony świata „początków”? Owe „początki” (originy) to nic innego jak wyjątkowe dla danej rasy i klasy wycinki scenariusza, które potem zawiązują się w jednym miejscu i dalej są już do siebie bardzo podobne… Właśnie. Dlaczego podobne, a nie takie same? Otóż dlatego, że rasa, pochodzenie i wybory jakich dokonaliśmy we wcześniejszej fazie gry odciskają piętno na naszych dalszych poczynaniach w większym stopniu niż mogłoby się zdawać. To akurat bardzo dobre rozwiązanie zwiększające replayability gry, które sprawia że mam ochotę rzucić wszystko w gromy i zacząć grę od nowa. Niestety, powstrzymuje mnie od tego nazbyt mocny cios mojej partnerki… Ale przemoc w rodzinie to już temat na osobny akapit.  O czym to ja… Ach tak, początki. Między tymi godzinnymi, tudzież dwugodzinnymi scenariuszami występują diametralne różnice. Interesujące zaś jest to jak świat, to jest – npc’ty postrzegają naszego herosa uwzględniając jego właśnie jego pochodzenie. Jednak o tym nie będę się rozpisywał. Trzeba w grę zagrać. W DA dane nam jest odwiedzić naprawdę sporo różnych lokacji począwszy od zrujnowanych twierdz, przez osaczone wioski i wielkie miasta aż po wieżę magów. W tym zagadnieniu raczej na nudę liczyć nie będzie można. Pomiędzy poszczególnymi lokacjami przemieszczać będziemy się używając mapy, która tak naprawdę jest sprytnie zamaskowanym ekranem ładowania stanowiącym zagadkę dla absolwenta przedszkola.

Gdzie ruszymy, kompanio moja?

Z pewnością na osobny akapit zasługuje drużyna głównego bohatera, którą na dobrą sprawę kompletuje się niemalże całą grę. Mamy tu cudaków przeróżnych ras i klas zaś każdy z nich ma za sobą całkiem spory bagaż doświadczeń, którym chętnie się z nami podzieli. Myślę, że dialogi z nimi wszystkimi nie są wtórne. Jak już wcześniej napisałem, odpowiednie dobranie głosów do konkretnych postaci wzmaga efekt. Co jakiś czas warto zatrzymać się w obozie, którego rolę w Mass Effet spełniała Normandia. W nocy, przy ognisku słuchamy co konkretni kompani mają nam do powiedzenia. A mają tego całkiem sporo. Udany dialog tudzież jakiś niewinny prezencik może zwiększyć poziom pozytywnego nastawienia danej postaci do nas co skutkuje jakimś atutem wykorzystywanym w walce lub… miłą scenką na osobności. Odpowiednie dobranie konkretnych kompanów do danej misji oraz zapewnienie im porządnego wyposażenia może nie tylko ułatwić nam rozgrywkę ale i uczynić ją przyjemniejszą. Bo cóż jest wspanialszego jest od zajęcia wrogich jednostek Alistarem występującym w postaci tanka, podczas gdy Zevran zachodzi łosi od tyłu zadając niebywały dmg i tym samym kosząc wszystkich przeciwników? We wszystkim pomaga ekran taktyki, w którym możemy ustawić zachowania dowolnego członka teamu w danej sytuacji. Jednak nie zawsze się to sprawdza, bo sztuczna inteligencja nadal pozostaje sztuczną…


Jakby tak ocenić…

Dragon Age uważam za dobrą grę… Nie więcej, nie mniej. Naprawdę nie wiem czy jest to klasyczny RPG, bo i co oznacza bycie tym „klasycznym”? Osobiście sądzę, że całe do gadanie o klasyce było z góry ustawionym punktem marketingowym. DA porównałbym do Mass Effect’a lub Wiedźmina tak więc jaka klasyka? Jaki powrót do korzeni? Mniejsza… Początek jest grą długą, a to wg. mnie dobrze, bo każde RPG takie też powinno być. Cała ta „dorosłość” gry psu na budę bo i co tutaj fajnego? Kilka dekapitacji i elementów gore? Sex? Większość z tego jest podane na kolorowym talerzyku oblanym infantylną polewką. Cóż… Jest jak jest. Widocznie rynek gier musi jeszcze troszkę poczekać aż trafi się tu coś naprawdę poważnego. Teraz tylko pozostaje czekać na kolejne po Stone Prisoner, Warden’s Keep i  Return to Ostagar – DLC, które jak na złość wymagają podejmowania głównego wątku od nowa. Niby fajnie z tym, że nie każdy ma na to czas.

Podsumowanie:

Grafika i animacje: 8/10

Muzyka i dźwięki: 7/10

Grywalność:  8/10